Bolyki

Indián Nyár 2015

Lubię wino z ciekawą etykietą. Słusznie byłoby napisać, że wina oczywiście nie ocenia się po etykiecie, książki nie ocenia się po okładce, a człowieka po wyglądzie. Słusznie byłoby tak napisać, ale niekoniecznie byłoby to prawdziwe.

Na butelce Indián Nyár z węgierskiej winnicy Bolyki kontretykieta jest jednak ciekawsza od wcale nie byle jakiej etykiety. Zawiera historię o lisie i marchewce. Intrygująca głównie dlatego, że choć rozumiem wszystkie jej słowa, nie rozumiem sensu całości.

One when I was an Indian in the summer, after a spree, I caught a fox by its coat. I’m wondering why that if I’m not related to rabbits, then what a carrot is doing on my coat. The lesson is that the fox is carrot-coloured so that the metaphor should work.

Przeszukanie Internetu nie pomaga, bo trudno za pomocne uznać znalezienie tej samej historii spisanej po węgiersku.

Egyszer, mikor indián voltam nyáron, egy elhajlás után rókát fogtam a kabáton. Azon gondolkodom, hogy ha nem vagyok a nyulakkal rokon, akkor mi végre a répa a kabátomon. A tanulság, hogy azért répaszínű a róka, hogy működjön a metafóra.

Moja znajomość węgierskiego jest mniej więcej na takim samym poziomie, jak u bohatera „Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?”, który wyjaśnienie że zerwana linia telefoniczna uniemożliwia dodzwonienie się do Warszawy, uznał za informację o zburzeniu naszej stolicy. Bezpieczniej byłoby więc skoncentrować się na nazwie wina, wszak indián nyár to nic innego jak swojskie babie lato, albo francuskie l’été indien. Skojarzeń i możliwych odniesień jest aż nadto. Byłoby to również zdecydowanie bardziej romantyczne, niż wspomnienie roli Krzysztofa Kowalewskiego u Stanisława Barei.

Bolyki Indián Nyár

A jednak wbrew nazwie, wbrew etykiecie, wbrew nawet samym zdjęciom, które robię butelce, zamiast romantyzmu odczuwam wesołkowatość. Może to zasługa pogody, która po wyjątkowo zimnym maju postanowiła w czerwcu na zmianę Polaków a to podtapiać obfitymi deszczami, a to suszyć saharyjskim słońcem. Polacy, jak to Polacy, radzą sobie i w takich warunkach. Cenne chwile między tymi dwiema meteorologicznymi skrajnościami przeznaczają na prasłowiańskie grillowanie wszelkiego rodzaju kiełbas, mięs, kaszanek, a nawet – o, zgrozo – warzyw.

Nie sposób nie zauważyć, że choć do babiego lata jeszcze daleko, Lidl wiedział co robi wprowadzając Indián Nyár do sprzedaży już w lipcu. Pasuje idealnie zarówno do grillowanego mięsa, jak i warzyw. Jest lekkie, ale na pewno nie cienkie. Znów przypomina mi się polska kinematografia i jeden z odcinków klasycznego „Janosika”. Gdy rozbójnicy w przebraniach ucztowali na na zamku hrabiego, Kwiczoł pijąc wodę z misy przeznaczonej do mycia rąk narzekał, że jakieś rzadziuśkie to winko.

Indián Nyár nie jest rzadziuśkie, co to, to nie. Jest pełne. Smakuje leśnymi owocami, jeżynami, odrobiną pikantnej papryki. Może dalko mu do wielkości, nie przeznaczałbym go też do dłuższego starzenia. Rocznik 2015 wydaje się smakować optymalnie, choć za rok czy dwa nadal powinno być bardzo dobre.

Bolyki Indián Nyár 2015
Krótko mówiąc: Uczciwe, solidne wino do grilla.
Do kupienia w Lidlu za 19,99 zł.

Indián Nyár