Nasz najlepszy rok

„Nasz najlepszy rok” – recenzja filmu

Temat wina pojawia się w kinie często, ale w niewielu filmach odgrywa kluczową rolę. Był „Dobry rok” („A good year”) z Russellem Crowe, było „Wino na medal” („Bottle shock”) z nieodżałowanym Alanem Rickmanem, a za tydzień, 13 października do kin wchodzi „Nasz najlepszy rok” („Ce qui nous lie”) w reżyserii Cédrica Klapischa. Chyba najprzyjemniejszy i najsprawniej zrealizowany z całej powyższej trójki.

Bohaterem filmu jest Jean (Pio Marmaï), który po latach podróży po całym świecie wraca do rodzinnej Burgundii, aby spotkać się z umierającym ojcem oraz rodzeństwem przejmującym w spadku winnicę. Jego podróże nie były jednak czysto turystyczną przygodą, a raczej formą eskapizmu. Uciekł przed swoim ojcem, przed swoją rodziną, przed swoim dziedzictwem. Gdy wraca, wszystko jest inne. Jego matka nie żyje, ojciec umiera, siostra Juliette (Ana Girardot) dojrzała, a najmłodszy brat Jérémie (François Civil) założył rodzinę. Jean również się zmienił – w dalekiej Australii pozostawił żonę, z którą przechodzi trudny okres. Nie zmieniło się tylko wino, burgundzkie terroir i doglądający winnicy Marcel (Jean-Marc Roulot), będący już raczej przyjacielem rodziny, niż pracownikiem. Przyjęcie spadku niesie ze sobą konieczność uiszczenia wysokiego podatku, co prowadzi rodzeństwo do konieczności wyboru pomiędzy sprzedażą całej winnicy (rozwiązanie preferowane przez Jeana i będące w gruncie rzeczy kolejnym elementem jego ucieczki) lub tylko jej małego fragmentu i dalszej produkcji wina (rozwiązanie preferowane przez przywiązaną do rodzinnych tradycji Juliette).

2 (1)

Oryginalny tytuł brzmi „Co nas łączy” i właściwie jest to kluczowe pytanie filmu, który w Polsce funkcjonuje jednak jako skuteczniejszy promocyjnie „Nasz najlepszy rok”, a na innych rynkach „Powrót do Burgundii”. Kluczowe są relacje: pomiędzy rodzeństwem; pomiędzy Jeanem i pozostawioną w Australii żoną; pomiędzy Jérémim, a jego apodyktycznym teściem. Nie są to relacje niezwykłe, tak jak i fabuła nie jest niezwykła. Codzienne problemy, jakie przydarzają się wszędzie. Siłą obrazu nie jest jednak główny wątek, ale raczej poszczególne sceny i rozmowy. Świetnie napisane dialogi iskrzą humorem. Nie powiedziałbym, że to komedia, a raczej film obyczajowy, mimo że takiej dawki niewymuszonego humoru dawno nie doświadczyłem. Najsmaczniejsze wydają się scenki ze wspomnianym teściem Jérémiego oraz notariuszem (w epizodycznej roli Bruno Raffaelli z Comédie-Française).

Gra aktorska jest na przyzwoitym, europejskim poziomie. Właściwie wszystkie postacie są zagrane autentyczne, może poza żoną Jeana (María Valverd). Trzeba jednak przyznać, że nie pojawia się na ekranie na tyle długo, by móc rozwinąć skrzydła. Dużą zaletą filmu są zdjęcia, zwłaszcza w momentach skupienia się na przyrodzie. Zmieniający się wraz z porami roku krajobraz Burgundii czy zbliżenia na rozwijające się pędy winorośli wywołują wrażenie, że ogląda się wysokiej klasy film dokumentalny.

7

We Francji film odniósł umiarkowany sukces. W Polsce zapewne przemknie tylko przez kina. Nieśpieszna, wysmakowana w formie opowieść o winie i dojrzewaniu nie może liczyć na frekwencję na poziomie „Botoksu” Patryka Vegi, ale nie jest też adresowana do tej samej widowni.

„Nasz najlepszy rok” („Ce qui nous lie”)
Reżyseria: Cédric Klapisch
Obsada: Pio Marmaï, Ana Girardot, François Civil, Jean-Marie Winling, María Valverde, Jean-Marc Roulot
Krótko mówiąc: Przyjemny, zabawny, ale i mądry film.  Polecam zwłaszcza miłośnikom Francji i wina.